Niestandardowy wyjazd
Quest 1 w Korbielowie miał być dla mnie standardowym męskim wyjazdem, tak zapewnił mnie mój serdeczny przyjaciel. Spodziewałem się trochę wspinaczki po górach, trochę modlitwy i tak dalej. Decyzja typowo męska – chcesz jechać? Bez zastanawiania się, kliknąłem link, zapłaciłem i czekałem pół roku. Nie śledziłem informacji na stronach organizatorów ani na forach. Po prostu nie chciałem się nastawiać. Przed wyjazdem córka zapytała, czy jadę na rekolekcje. Zaprzeczyłem, bo uważałem, że to typowy męski wyjazd! Jakie rekolekcje, dziecko!
Teraz patrząc wstecz, widzę, że Bóg zaprowadził mnie przez niezłą górę, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Stoczyłem zaciętą walkę – tym razem ze sobą samym, 47-letnim człowiekiem obarczonym bagażem życiowych doświadczeń. Gdzieś głęboko w moim sercu wiedziałem, że musiałem przejść przez mrok, wydostać się nie tyle ze strefy komfortu, co z dołka, w którym tkwiłem od lat. Jesteś pewnie ciekaw, czym byłem przywalonym? Odpowiedź jest prosta: szybką śmiercią mojej mamy, a potem równie gwałtowną śmiercią mojego ojca, który odszedł w ciągu trzech miesięcy. Od syna, który wspólnie spacerował z ojcem, do syna, który musiał pomagać ojcu nawet w najbardziej intymnych czynnościach. Płakałem w kącie, a ojciec odrzucał nawet myśl o księdzu. Poza tym doświadczyłem straty dwóch innych bliskich osób. Myśl o śmierci paraliżowała mnie do tego stopnia, że potrafiłem utknąć w myślach. Jestem człowiekiem wierzącym, ale to, przez co przeszedłem, wykraczało poza moje pojęcie wiary. Do tego wiele innych historii, które pewnie zajęłyby tu tyle miejsca co 66 tomów sumy teologicznej św. Tomasza. Czułem, że się najnormalniej rozsypuję, tego stanu nie można było naprawić, nie potrafiłem powiedzieć, potrzebuję pomocy, przecież jestem silny i poradzę sobie, coś się wymyśli.
Czy nastąpiła zmiana? O, tak! Poczułem to już pierwszego dnia, zaraz po mszy świętej, przy wymownym czytaniu z dnia o Filipie (Dz 8, 36.38), a potem podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. Zwykłe siedzenie przy wystawieniu było dla mnie męczące, ale tym razem było to jak mistyczne spotkanie z Jezusem, przeżycie, którego nawet nie zdążyłem podzielić się z innymi uczestnikami wyprawy.



